BROAD PEAK

BROAD PEAK 8.051 M N.P.M. - MÓJ DRUGI OŚMIOTYSIĘCZNIK!

 

Plany, plany…

O pomyśle wejścia w jednym sezonie na Broad Peak i K2 zacząłem myśleć już w czasie powrotu z mojej zeszłorocznej wyprawy na Gaszerbrum II. Idąc wtedy do bazy pod Gaszerbrumy w jednej grupie ze wspinaczami, którzy zamierzali się wspiąć na BP i K2, poznałem ludzi, którzy, jak się później okazało zrealizowali taki scenariusz. To przekonało mnie, że warto zmierzyć się z takim wyzwaniem, jak wejście na dwa ośmiotysięczniki w czasie jednej ekspedycji.

Miałem świadomość, że Broad Peak - mierzący 8.051 m n.p.m. - należy do kategorii niższych ośmiotysięczników, z którym zakładałem, że nie będę miał problemów natury wydolnościowej, o ile zdrowie i pogoda dopiszą. Byłem bowiem rok wcześniej na niewiele niższym Gaszerbrumie II (8.034 m n.p.m.), gdzie w dobrym stylu w 20 dni od dojścia do bazy, nie używając tlenu, wszedłem na szczyt. Największym wyzwaniem, które mnie wręcz przerażało było majestatyczne K2. To drugi co do wysokości szczyt na Ziemi, niższy zaledwie o 237 metrów od Everestu, uznawany jednak za najtrudniejszy technicznie ośmiotysięcznik. Wiedziałem, że aby zmierzyć się z takim wyzwaniem, muszę bardzo dobrze się zaaklimatyzować, i w miarę szybko wejść na Broad Peak, aby mieć wystarczająco dużo czasu na podjęcie próby wejścia na K2. Pomyślałem jednak, że nie będę martwić się na zapas i dopiero jeżeli odniosę sukces na Broad Peak, zacznę myśleć o K2.

Długo zastanawiałem się jaki profil aklimatyzacji wybrać. Co do zasady szybko się aklimatyzuję, nie mogłem jednak bazować tylko na moich subiektywnych odczuciach, z poprzednich wypraw wysokogórskich. Dlatego w okresie przygotowawczym, mocno zmodyfikowałem mój trening rowerowy, przygotowujący mnie do wypraw wysokogórskich oraz zaproponowałem moim współtowarzyszom dość nietypową drogę dojścia do bazy pod Broad Peak, a także wykorzystanie do wstępnej aklimatyzacji szczytów znajdujących się w okolicach Skardu. Postanowiliśmy więc zmienić trasę trekkingu, który tradycyjne przebiega przez lodowiec Baltoro i trwa około tygodnia i pójść od strony doliny Husche. Ta droga jest po pierwsze krótsza, bo w 3 - 4 dni można dojść do bazy pod Broad Peak, ale za to bardziej wymagająca, bo musimy pokonać Przełęcz Gondogoro leżącą na wysokości około 5.650 m n.p.m.

Ten wariant jest najczęściej wykorzystywany podczas drogi powrotnej z wypraw na K2 i Broad Peak oraz na Gaszerbrumy. Niestety przez wysoką przełęcz nie mogą przejść tragarze z ciężkim sprzętem oraz zwierzęta, wiec wszystko czego będziemy potrzebować, będziemy zmuszeni wynieść na własnych plecach. Ten wariant drogi powrotnej wybrałem wracając z Gaszerbruma II, znałem więc drogę i wiedziałem, że można również bez problemu przenocować na przełęczy, i dzięki temu dać organizmowi świetny impuls aklimatyzacyjny. Drugim argumentem przemawiającym za wyborem tej drogi, była możliwość zmierzenia się z pięknym sześciotysięcznikiem Layla Peak, który był jednym z celów wyprawy Andrzeja Bargiela w 2021 roku. Nie był to nasz główny cel, a jedynie cel aklimatyzacyjny. Zakładałem, że jeżeli wejdziemy na Layla Peak, nasze organizmy dostaną niezły impuls wysokością ponad 6.000 m n.p.m., który następnie utrwalimy noclegiem na Przełęczy Gondogoro.

Wszyscy członkowie Teamu, zgodzili się na taką propozycje i ustaliliśmy, że po założeniu obozu 1,  na przełęczy pod wierzchołkiem Layla Peak, podejmiemy jedną próbę ataku szczytowego i jeżeli góra nie puści to zawijamy się pod nasz główny cel, jakim był Broad Peak. Przed wyprawą celowo nie komunikowaliśmy, że celem wyprawy będzie również K2 i Layla Peak, aby nie nakręcać oczekiwań. Mamy w BET taką zasadę, żeby chwalić się wynikami, a nie mierzyć z krytyką naszych planów przed wyprawą. To lepsze, niż tłumaczenie się po powrocie, z szumnie ogłoszonych planów, które przecież nie należą do łatwych i niejednokrotnie ich niezrealizowanie wynika z przyczyn on nas niezależnych.

Dalsza część relacji, w tym opis naszych przygód w drodze do Islamabadu i dalej do Skardu oraz drogi pod Layla Peak i z działań na tej górze, a także zejścia z Przełęczy Gondogoro i dojścia do Comcordii, znajduje się w opisie wyprawy Layla Peak - więc zapraszam tam do lektury. 

 

Dojście z Concordia do bazy pod Broad Peak

Poranek 1 lipca, wstajemy około 7 rano i sprawnie pakujemy nasze namioty. Po lekkim śniadaniu wyruszamy w kierunku bazy pod Broad Peak. Po zejściu z lodowca Baltoro przechodzimy bardzo charakterystyczne miejsce styku dwóch lodowców. Dalej wchodzimy na morenę i podążamy w kierunku masztu nadajnika. Kilka lat temu rząd Pakistanu postawił tutaj nadajnik, dzięki któremu, w bazie pod Broad Prak jest zasięg telefonii komórkowej. Z sygnałem bywa różnie, w zeszłym roku podobno można było w bazie korzystać z LTE, w tym roku, jak się później okaże, będzie duży problem z zasięgiem z uwagi na liczne awarie.

Na szczęście dla mnie to nie problem, bo na wszystkie swoje wyprawy zabieram komunikator satelitarny Garmin inReach, dzięki któremu jestem w stałym kontakcie z bliskimi, którzy dodatkowo mogą na bieżąco śledzić moją pozycję. Idzie mi się świetnie, jest super pogoda, a perspektywa wygodnego noclegu i pysznego pakistańskiego jedzenia dodaje plus 5 do szybkości. Co jakiś czas spoglądam przed siebie na K2, i znów pojawia się ta iskra, ale szybko odwracam wtedy głowę w kierunku Broad Peak i mówię sobie, spokojnie, skoncentruj się na celu głównym.

Po drodze spotykamy ikonę himalaizmu, człowieka, który od lat robi na mnie niesamowite wrażenia – Denisa Urubko. Robimy sobie z Denisem pamiątkowe zdjęcie, bo takie okazje nie trafiają się często. Denis zmierza pod Gaszerbrumy, ma w planie w tym sezonie wejść na 4 ośmiotysięczniki. Jak się później okaże Denis będzie mieszkał w naszej bazie i bardzo się polubimy. Szczególnie, że oboje jesteśmy ambasadorami włoskiego producenta butów Kayland. Po około 4 godzinach, zaczynają się pojawiać pierwsze namioty bazy, widzimy też flagę Polski i UE. Jak się później okaże, będzie to obóz ekipy Ryśka Pawłowskiego, z którym w tym roku będzie działał, poznany przeze mnie na unifikacyjnej wyprawie PZA na Lhotse - Rafał Fronia.

Idziemy dalej w kierunku białych kopuł, i namiotów w kształcie domków. To znak rozpoznawczy agencji braci Sayed, która oferuje bardzo przestronną mesę w kształcie kopuły z dużym przezroczystym oknem oraz pojedyncze namioty, w których każdy może swobodnie wstać, ubrać się i wyspać na grubym wygodnym materacu. W bazie wita nas mój przyjaciel Akbar oraz Hammid, z którym poznałem się w czasie mojej poprzedniej wyprawy na Gaszerbrum II. Dostajemy picie, tradycyjnie woda z rozpuszczonym napojem Tank. Jest okazja na toast, w końcu dotarliśmy pod główny cel naszej wyprawy – Broad Peak.

Po obfitym posiłku udaję się do swojego namiotu, żeby się rozpakować, jest też okazja do drugiego w czasie tej wyprawy prysznica. Wieczorem witamy się z innymi wspinaczami mieszkającymi w naszej bazie, w tym z Israfim z Azerbejdżanu i Sauliusem z Litwy, których poznałem w zeszłym roku, podczas ich pierwszej próby wejścia na Broad Peak. Jest więc okazja po kolacji do wspólnych rozmów i snucia planów na najbliższe dni.

 

Broad Peak – pierwsze wejście w ścianę, dojście do obozu 2 wyższego na 6.250 m n.p.m.

Pierwszy pełny dzień po dojściu do obozu pod Broad Peak, czyli 2 lipca wykorzystaliśmy na odpoczynek, sprawdzenie naszego sprzętu, który doszedł tutaj z głównym trekiem, rozpakowanie się i ustalenie planów na kolejne dni. Jak się okazało, beczki czekały na mnie nienaruszone, Radek nie miał tyle szczęścia, niestety w czasie trekkingu zagubił się jeden z jego bagaży. Na szczęście po kilku dniach dotarł w nienaruszonym stanie do obozu. Dobra pogoda i korzystne prognozy na następne dni przekonały mnie i Radka, do wyjścia 3 lipca do góry. Reszta ekipy postanowiła wyjść dzień później.

Wstajemy około 2 w nocy, śniadanie zaplanowane jest na 2.30. Pół godziny później wychodzimy z obozu, przed nami ciężki dzień, bo planujemy od razu dojść do obozu 2 położonego na wysokości 6.200 m n.p.m. Możemy sobie pozwolić na taki ruch, dzięki wcześniejszej aklimatyzacji do wysokości 5.700 m n.p.m.  W świetle czołówek pokonujemy lodowiec oddzielający obóz od ściany, przekraczamy szczeliny i kolejne potoki lodowcowe, wyszukując trasery i kopczyki, którymi oznaczona jest droga podejścia pod ścianę. Po około półtorej godzinie docieramy do osypującej się moreny i wspinając się nią ostro do góry dochodzimy do miejsca, gdzie musimy założyć raki, i gdzie zaczyna się podejście w kierunku obozu 1.

Rozwidnia się, wspinamy się powoli, dla bezpieczeństwa wpinając się z linę poręczową, pozostawioną, przez zespoły działające już na Broad Peak. Najpierw droga wiedzie ostro do góry, wspinamy się w dobrym śniegu. Dochodzimy do skalnych formacji, cały czas idąc po prawej stronie skalnego żebra. Po pokonaniu skalnego odcinka wychodzimy w otwarte duże pole śnieżne, którym wspinamy się do góry. Mijamy po drodze kilka turniczek, na których zafiksowano punkty liny poręczowej. Wchodzimy w śnieżno-lodowe pole, zmrożony i twardy śnieg pozwala je w miarę szybko pokonać. Dalej już tylko mozolne podejście w kierunku obozu 1 położonego na wysokości 5.600 m n.p.m. To przełamanie na grani, z charakterystyczną skałą w kształcie płetwy rekina, nie ma tutaj wiele miejsca, obóz jest w całości zajęty przez namioty agencyjne. Dla nas to nie jest problem, bo nie zamierzamy tutaj nocować, my idziemy wyżej do obozu 2.

W obozie pierwszym zatrzymujemy się jedynie na krótki odpoczynek, żeby coś zjeść i uzupełnić płyny. Ruszamy dalej po około pół godzinie, każdy idzie w swoim tempie. Powyżej obozu pierwszego, droga wiedzie w mieszanym terenie, w większości idziemy po skale i zmrożonym śniegu i lodzie. Po drodze, jest do pokonania lodowa ścianka, którą w miarę szybko przechodzimy. Dochodzimy w końcu do niskiej 2 położonej na wysokości około 6.100 m n.p.m., jest tutaj ciasno, a namioty to podobnie jak w obozie 1, namioty agencyjne. Przed obozem 2 znajduje się około 10 metrowa ścianka skalno-lodowa do pokonania. Nie stanowi ona większych problemów. Po pokonaniu ścianki wyłania się obóz 2. Lustruję teren i widzę, że podobnie jak w niższych obozach, najlepsze miejsca zarezerwowały agencje dla swoich klientów.

No cóż takie mamy czasy, że co raz mniej jest miejsca w górach wysokich dla wspinania sportowego. Pozostały tylko dość niekomfortowe miejsca na rzęchowisku skalnym. Wiem jednak, z rozmowy z Arturem Małkiem, że wyżej możliwe jest znalezienie dobrego miejsca na namiot. Widzę, nad obozem, prawie na końcu śnieżno-lodowego podejścia, skalny pipant, pod którym stoi kilka namiotów. Ryzykuje i idę na ciężko dalej, licząc na to, że uda mi się znaleźć miejsce na rozbicie naszego namiotu. Po około 8 godzinach od wyjścia z obozu położnego na wysokości 4.800 m n.p.m. dochodzę do wysokości 6.250 m n.p.m., pod skałę, pod którą znajduję miejsce na nasz namiot. Na początku wydaje mi się, że będzie to idealne miejsce, niestety później okazuje się, że nasz namiot będzie notorycznie bombardowany kamieniami spadającymi z góry. Zrzucam ciężki plecak i chwile odpoczywam, widzę, że Radek dotarł właśnie do obozu 2. Nie czekając na niego zabieram się za kopanie platformy pod namiot.

Radek dociera do mnie po około 30 minutach, i już wspólnie kończymy platformę i rozbijamy nasz namiot. Resztę dnia spędzamy na odpoczynku, gotowaniu wody, przygotowywaniu jedzenia i rozmowach ze wspinaczami z Wielkiej Brytanii, którzy obozują w namiotach obok nas. Do puki świeci słońce jest dość ciepło, musimy przysłaniać namiot śpiworami. Kiedy jednak słońce zachodzi, robi się bardzo zimno. Opatuleni w śpiwory obserwujemy z namiotu piękny zachód słońca. Po nawodnieniu się i zjedzeniu kolacji wcześnie kładziemy się spać. Na kolejny dzień planujemy odpoczynek w obozie 2.

Budzimy się około 7, jemy śniadanie i gotujemy picie. Tego dnia dochodzą do nas Kamil, Hati i Greg, którzy rozbijają namiot nad nami. W czasie kiedy chłopaki rozbijają namiot my budujemy śnieżny muru chroniący nasze namiot przed spadającymi z góry kamieniami. Resztę dnia spędzamy na odpoczynku. Czujemy się dobrze, więc na kolejny dzień 5 lipca planujemy z Radkiem podejście do obozu 3, położonego na  wysokości około 7.000 m n.p.m. Przed pójściem spać pakujemy depozyt, który zakopujemy pod wejściem do naszego namiotu.

 

Broad Peak – dojście do obozu 3 na około 7.000 m n.p.m., zejście do bazy.

 Rankiem 5 lipca wstajemy o 5, gotujemy wodę, jemy szybkie śniadanie i pakujemy się do wyjścia. Ruszamy około 6 rano. Dzisiaj do przejścia mamy jakieś 800 metrów w pionie, wiec nie powinno być tak źle. Niestety plecaki nie są dużo lżejsze, bo do obozu 3 musimy zabrać kolejny namiot, śpiwory do spania, gaz, palnik i jedzenie. Na starcie musimy wyjść zza skalnego pipanta i przejść końcówkę ścianki zaczynającej się w obozie 2, później wchodzimy w trawers nad naszymi namiotami, teraz już wiemy kto zrzuca na nas kamienie. To wspinacze poruszający się na tym odcinku zrzucają kamienie, oczywiści nie jest to celowe działanie. Droga do obozu 3 nie jest wymagająca, a trudniejsze momenty są zaporęczowane, idzie mi się dobrze, cały czas idę w mojej 2 strefie.

Do trójki dochodzimy po około 4 i pół godzinach. Obóz trzeci położony jest na rozległym polu śnieżnym, nie ma tutaj problemu z miejscem na namiot, my rozbijamy się na samym końcu obozu, jako ostatni namiot po lewej stronie. Zawsze to trochę bliżej szczytu. Niestety, jak się później okaże nie była to najlepsza lokalizacja, bo wejście do namiotu będzie od strony wiejącego wiatru, o czym będziemy się mogli przekonać przy okazji pierwszej próby ataku szczytowego. Po rozbiciu namiotu odpoczywamy, czujemy się bardzo dobrze, więc decydujemy, że zostaniemy tutaj na nocleg.

Budzę się po przespaniu nocy w trójce, mój Fenix ocenił, że sen był słabej jakości. Nic dziwnego, w 5 dniu od dojścia do Base Campu, jestem już na wysokości około 7.000 m n.p.m. Postanawiamy z Radkiem, że nie ma sensu siedzieć tutaj dłużej, plan został zrealizowany, przespaliśmy noc w trójce, więc możemy schodzić do obozu głównego na odpoczynek i regenerację.

Wstajemy dość wcześnie, bo w planie jest zejście dzisiaj bezpośrednio do bazy, poza tym chcemy jak najszybciej zjeść coś dobrego i dobrze się wyspać. Zakopujemy depozyt i rozpoczynamy zejście, po drodze mijamy chłopaków, którzy podchodzą do trójki, aby tak jak my przespać tutaj noc. Mają jednak ten komfort, że mogą skorzystać z naszego już rozbitego namiotu. Schodzimy sprawnie i po kilku godzinach, tuż przed obiadem meldujemy się w bzie. Cieszymy się z dobrze wykonanego planu, jemy posiłek przygotowany przez naszych kucharzy i resztę dnia poświęcamy na pranie i założony prysznic.

Następne dwa dni, czyli 7 i 8 lipca odpoczywamy w bazie. Planowaliśmy pełne 4 dni odpoczynku, przed próbą ataku szczytowego, niestety nadchodzące prognozy pokazują załamani pogody za 4 dni. Dlatego decydujemy się na skrócenie regeneracji i próbę ataku przed załamaniem. Impulsem do tego jest informacja rozpowszechniana przez wspinacza z Rumunii, Alexa, który pokazuje wszystkim prognozy pogody jakie dostał i montuje ekipę do ataku. On sam wspina się ze wspomaganiem tlenem oraz z pomocą HAP-sa zwanego „Małym Husajnem” bardzo utytułowanego wspinacza pakistańskiego, który ma na swoim koncie kilka wejść na ośmiotysięczniki ze swoimi klientami.

 

Broad Peak – pierwsza próba ataku szczytowego.

Z bazy startujemy z Radkiem 9 lipca o 3 w nocy, trasę już znamy i zakładamy, że do dwójki powinniśmy dojść w około 7-8 godzin. Plecaki są już nieco lżejsze, niestety warunki w ścianie nieco się pogorszyły, nie ma już żadnych śladów, a śnieg zamienił się w lód. Czujemy, że nasze organizmy nie zregenerowały się dostatecznie, mimo to zgodnie z planem, nie forsując tempa przed południem docieramy do obozu 2. W dwójce mamy rozbite dwa namioty, więc ja zajmuję jeden, a Radek drugi, zawsze to wygodniej. Resztę dnia spędzamy na gotowaniu wody i jedzenia. Niestety pogoda nie polepsza się zgodnie z przedstawioną przez Alexa prognozą. Biwakując powyżej obozu 2, jesteśmy odcięci od wspinacz, którzy są w dwójce, dlatego nie wiemy, jakie ostatecznie decyzje podejmą co do wyjścia do obozu 3.

Rankiem 10 lipca wstajemy wcześnie, pogoda nie poprawia się, dalej sypie i mocno wieje, widzimy że w dwójce jest jakieś poruszenie, liczymy na to, że ekipy zbierają się do wyjścia do trójki. Niestety ekipy z dwójki zbierają się do zejścia w dół, w tym Alex prowodyr całego wyjścia. My czekamy jeszcze jakieś 2 godziny, w międzyczasie dochodzi do nas Bartek Ziemski, który w nocy wyszedł z bazy. Wspólnie podejmujemy decyzje, że zaryzykujemy i idziemy jednak do trójki. Dojście do trójki nie było łatwe, mocno wiało i cały czas sypał śnieg. Musimy torować, jednak po około 6 godzinach docieramy do obozu 3. Nie ma tutaj nikogo, więc każdy z nas zajmuje po jednym namiocie, aby jak najlepiej odpocząć. Niestety mój namiot ma wejście na kierunek, z którego wieje wiatr. W konsekwencji, nie ma opcji gotowania, bo nawet lekkie otwarcie namiotu, aby się wentylować przy gotowaniu, powoduje, że w środku jest pełno nawianego śniegu.

Czasami tak bywa, że w górach musimy przeczekać kilka dni bez jedzenia. Staram się więc oszczędzać picie, które mi zostało i uzupełnić kalorie jakimś batonem, dobrze że This1 ma prawie 250 Kcal, to jak połowa liofa. Na kolację zagryzam suszoną wołowinę, którą przygotowuje mi znajomy z Wild Willy i kładę się spać. Noc nie należy do spokojnych, huk wiatru budzi mnie co jakiś czas. Kilka razy muszę odkopywać wejście do namiotu i rozpychać ścianki, co raz bardziej zmniejszającego się namiotu. Jak tak dalej pójdzie, będę musiał wyjść i odkopać namiot, żeby mnie nie zasypało. Na szczęście na ranem, wiatr się lekko uspokaja i jakoś udaje mi się dotrwać.

Po porannej łączności z bazą i analizie prognozy, ustalamy, że trzeba schodzić. Około 11 zaczynamy zejście do dwójki, na głodnego i bez picia, szybko schodzimy w dół. Liczymy, że w obozie 2 coś zjemy i ugotujemy wodę na zejście do bazy. Po dojściu do dwójki, okazuje się, że nasz namiot nie wytrzymał tak ogromnego naporu wiatru i śniegu i jest lekko złożony. Odkopujemy go i składamy, nic lepszego nie możemy teraz zrobić. Pogoda jest kiepska i musimy jak najszybciej zejść do bazy. Z dwójki udaje nam się zejść w bardzo dobrym tempie i około 16, 11 lipca, jesteśmy już w bazie. W końcu możemy coś dobrego zjeść i nawodnić się.

 

Broad Peak – odpoczynek w bazie przed atakiem.

Góry wysokie nauczyły mnie przede wszystkim cierpliwości. Zawsze powtarzam, że to nie jest bieg sprinterski, tylko długodystansowa wyrypa, w której kluczowe jest zachowanie jak najlepszego zdrowia i jak najwięcej sił, które można później skoncentrować na atak szczytowy. Po zejściu z pierwszej próby ataku, musieliśmy więc spokojnie przeczekać w bazie okres złej pogody, który zapowiadał się od 19 lipca. Te kilka dni minęło nam na rozmowach w mesie, czytaniu książek i słuchaniu muzyki.

Jedynym urozmaiceniem była wizyta w obozie pod K2, gdzie wybraliśmy się po kolacji 13 lipca, aby odwiedzić Monikę Witkowską, która w tym dniu miała urodziny. Zebrałem od wszystkich drobne podarki dla Moniki i wyruszyliśmy. Nocą nawigowanie po nieznanej dla nas drodze przez lodowiec do obozu pod K2 nie było łatwe, na szczęście nieopodal obozu spotkaliśmy, jak się później okazało pracownika agencji Davy Sherpy  (jednego z zimowych zdobywców K2), z którą działała Monika, który doprowadził nas bezpiecznie do obozu. Monika była bardzo zaskoczona, że ją odwidzieliśmy. Bardzo się ucieszyła, odśpiewaliśmy jej gromkie sto lat i zaczęła się impreza z muzyką i pakistańskimi tańcami.

Ja korzystając z okazji wybrałem się do mesy agencyjnej Layla Peak, aby odwiedzić Flor, znajomą Peruwiankę, mieszkającą w Niemczech, która w tym roku wspinała się na K2, a którą poznałem w zeszłym roku w bzie pod Gaszerbrumami. Po powrocie do namiotu agencji Davy, okazało się, że musimy zakończyć imprezę, bo klienci Davy chcą iść spać. Padła więc propozycja, aby przenieść imprezę do namiotu naszej agencji. Zabawa trwała do późna, my jednak, musieliśmy się zebrać w drogę powrotną, czekała nas jakaś godzina drogi do naszego obozu, gdzie dotarliśmy około 1 nad ranem.

Kolejne dni czekania na poprawę pogody mijają nam jak w piosence Taco Hemingway …jeść, pić, spać, jak Tamagothi. W przerwach trochę rozmawiamy o planach na kolejne dni. Prognoza zapowiada Summit Day na 19 lipca, więc aby być w tym dniu w trójce, musimy wyjść z bazy 17 lipca. To normalne, że wychodzimy do góry jeszcze w złej pogodzie, aby krótkie okno pogodowe w pełni wykorzystać na atak. Ostatni dzień w bazie spędzamy na pakowaniu, każdy szuka dla siebie najlepszej motywacji do wyjścia do ataku z dupówie. Nie pomaga to, że wieczorem zaczyna jeszcze bardziej sypać. No cóż, musimy zaryzykować, bo „Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana J”

 

Broad Peak – atak szczytowy.

Około 4 rano, 17 lipca zbieram się w mesie na lekkie śniadanie i po to, aby zabrać gorącą wodę na wyjście. Wszyscy jesteśmy spakowani, za wyjątkiem Grzegorza, który komunikuje nam, że on dzisiaj nie wychodzi i planuje wyjść dnia następnego. Patrzę na Kamila, który w czasie wyprawy tworzył z Grzegorzem zespół i miał iść z nim do ataku szczytowego. Jest lekko zdezorientowany, ale nic nie mówi. To trochę zmienia sytuację, bo sprzęt zespołowy dzielony na dwóch musi teraz zabrać jedna osoba.  My również jesteśmy lekko zaskoczeni, bo Grzesiek nic wcześniej nie mówił o swoich planach przesunięcia ataku. Szanujemy jego decyzję i zbieramy się do wyjścia w okrojonym składzie.

Opady śniegu trochę poprawiły warunki w ścianie, jest stabilnie, choć trzeba torować, na szczęście przed nami jest już kilka osób więc idzie nam się łatwiej. Nie forsuję tempa, wiem, że dzisiaj idziemy tylko do dwójki, nie ma potrzeby wydatkowania więcej energii niż to potrzebne. Idę spokojnie w 2 i 3 strefie HR. W dwójce melduję się około 13. Musimy z Radkiem poprawić naszą platformę i postawić wcześniej złożony namiot. Resztę dnia spędzamy na odpoczynku i gotowaniu wody i jedzenia. Umawiamy się na wyjście kolejnego dnia o 6 rano.

Ostatecznie ruszamy 18 lipca około 6.30 rano. Droga do trójki mija mi szybko, to było spokojne podejście w całości w strefie 2. Dość sprawnie, po 4 godzinach docieramy wszyscy do obozu 3. Tutaj czeka nas kolejna praca. Musimy poprawić platformy, które wytopiły się pod namiotami, przez co nie da się komfortowo spać, bo wszystko zjeżdża do środka. Odkopujemy z Radkiem nasz depozyt zakopany pod wejściem do namiotu i podsypujemy i wyrównujemy platformę. Zajmuje nam to jakieś dwie godziny. Praca na 7.000 m n.p.m. nie idzie tak jak na nizinach. Resztę dnia spędzamy na przygotowaniu picia i jedzenia do wyjścia do ataku szczytowego.

To jest taki moment, w którym pomimo tego, że działamy w zespole, to jednak każdy zostaje trochę sam ze sobą, to czas, kiedy w głowie kołatają się różne myśli i obawy. Głupotą byłoby powiedzieć, że nie boję się ataku, ale mnie ten strach nie paraliżuje, tylko mobilizuje do większej uwagi i koncentracji. Wiem, że każdy z nas pójdzie swoim tempem, droga do przełęczy nie jest wymagająca i nie wymaga asekurowania się na lotnej, podobnie jak droga granią z przełęczy na szczyt.

Przygotowuje swój kombinezon, uszyty według mojego projektu przez Pracownię Małachowskiego. Pomysł na ten kombinezon pojawił się w mojej głowie kilka lat wcześniej. Szukałem rozwiązania, jak zminimalizować wagę sprzętu i pozbyć się z plecaka jednej ciepłej kurtki, którą razem z kombinezonem, zawsze zabierałem do wysokich obozów. Taka kurtka była mi potrzebna do działania, po dojściu do obozu, rozbicia namiotu, kopania platformy i poruszania się po obozie. Wpadłem więc na pomysł, że można uszyć kombinezon puchowy, który będzie rozpinał się w pasie, i którego góra po dopięciu dodatkowego modułu, będzie mogła być używana jako samodzielna kurtka. To rozwiązanie sprawdziło się bardzo dobrze, a ja zaoszczędziłem w moim plecaku około 600g wagi. Mój kombinezon ma również tę specyficzną cechę, że ma dostęp przez dużą boczną kieszeń do pleców, dzięki czemu mogę tam włożyć rzeczy które do tej pory zabierałem do ataku szczytowego do plecaka, m.in. zapasowe łapawice, ultra lekką płachtę biwakową na wypadek nieplanowanego biwaku, i inne rzeczy.

Tego dnia kładziemy się wcześnie spać, żeby jeszcze odpocząć przed atakiem, sen jest płytki i krótki. Ja nie mogę nigdy dobrze spać przed atakiem. Czuję wtedy to podniecenie i podenerwowanie, jakie towarzyszy nam na dole, np. kiedy czeka nas start w zawodach lub jakiś ważny egzamin. Około 22 zaczynamy się ubierać, namiot to ciasna dwójka, wiec muszę zaczekać, aż Radek się ubierze w kombinezon. Prognozy są dobre, wiec ubieram na kombinezon streczowy od Małachowskiego tylko kombinezon puchowy. Kolejnym plusem mojego nowego projektu, jest to, że spodnie i góra to dwie osobne części i taki kombinezon zdecydowanie łatwiej się ubiera. Picie na atak wlewam do 1.5 litrowego camelbaka, który wkładam do ultralekkiej kamizelki biegowej, całość stanowi system nośny dla kombinezonu. Pakuje batony i żele energetyczne oraz 0.7 litra awaryjnego picia.

Do ataku wychodzę przed północą, jakieś 10 minut po Radku i Hatim. Widzę przed sobą światła czołówek wspinaczy, którzy wyszli przed nami. Zaczynam mozolne podejście pod przełęcz, spokojnie, bez szarpania, aby dać organizmowi czas na dostosowanie się i ustabilizowanie tempa. Postanawiam, że do przełęczy nie będę forsował tempa, to kluczowy odcinek drogi. Po drodze wyprzedzam kilku wspinaczy, przed przełęczą dochodzę do wspinacza, z którym łapię równe tempo i z którym będę już do końca podążał w kierunku szczytu. Na przełęcz pomiędzy Broad Peak Middle i Central docieram po około 6 godzinach wspinania. Aby wejść na przełęcz, trzeba pokonać niewielki próg, który dla bezpieczeństwa został zaporęczowany. Tutaj robię sobie krótki odpoczynek na uzupełnienie płynów i zjedzenie batona.

To bardzo ważne, aby w czasie ataku pić co jakieś pół godziny, aby zbytnio się nie odwodnić i stale uzupełniać energie. Jeżeli nasz organizm mówi nam, że chce nam się pić, to znaczy że jest już za próżno i jesteśmy już odwodnieni. Na przełęczy lekko wieje, ale jest przyjemnie, jest słońce, które wzeszło niedawno. Dalej droga jest już ewidentna, ale czujna. Idąc dalej pamiętam o wypadku, do jakiego doszło w tym sezonie, kiedy pakistański przewodnik, zbytnio przeszedł na stronę Chińską i spadł z serakiem, który oberwał się pod jego ciężarem. Staram się wiec umiejętnie obierać trasę, sugerując się śladami, ale trzymać się jednak linii skał, które gdzie nie gdzie wystają spod śniegu.

Wchodzę w eksponowany skalny trawers na stronę pakistańską, widzę tutaj niebieską linę poręczową, do której wpinam się dla bezpieczeństwa. Stopnie nie są duże, a butach ekspedycyjnych precyzja stawiania stopni w rakach, w trawersie, daje dużo do życzenia. Lina zafiksowana jest luźno gdzieś wyżej i doprowadza mnie do kominka o trudnościach słabe III, którym wychodzę na dalszą cześć grani. Dalej droga prowadzi w kierunku ścianki, na końcu której jest mały śnieżno-lodowy kominek, po wyjściu z kominka widzę już przed sobą w oddali całą grań i przed wierzchołek Rocky Summit.

Roscky Summit, jest niższy od głównego szczytu jedynie o 16 metrów, to niezauważalna różnica, bardzo trudno na grani spostrzec, że dalej jest punkt wyższy o te 16 metrów. Grań jest dość trudna, trzeba cały czas być czujnym, grań poza kawałkiem niebieskiej poręczówki nie jest zaporęczowana, są jakieś pozostałości lin z poprzednich lat wtopione w śnieg i lód, ale wolę ich nie tykać, bo nie wiem jaki jest ich stan. Dochodzę do Rocky Sumit, wiem, że tutaj kluczowe jest odpowiedzialne podejście do dalszej drogi na szczyt, czuję się bardzo dobrze, lepiej niż na moim poprzednim ośmiotysięczniku Gaszerbrumie II, decyduję się więc iść dalej.

Jeżeli na Rocky Summit jesteście wyczerpani, to lepiej zawrócić, bo do szczytu jest jeszcze ponad godzina drogi i na powrocie czeka nas podejście pod przed wierzchołek, na co musimy zostawić jeszcze energię. Uczulał nas na to przed wyjazdem Artur Małek, z którym rozmawialiśmy o tej górze. Zejście z Rocky Summit nie jest wymagające to kilkanaście metrów w dół do małej przyłączki. Widzę, że do szczytu czeka mnie jeszcze jedno podejście z przełączki, które wyprowadzi mnie na grań widzącą bezpośrednio na szczyt. Po drodze mijam Radka, który wraca ze szczytu, widzę, że przede mną jest Hati, przyspieszam kroku, aby dojść na szczyt niedługo po nim i móc zrobić sobie wspólne zdjęcie.

Jest piękna pogoda, świeci mocne słońce, po około 11 godzinach docieram na szczyt, gratulujemy sobie nawzajem z Hatim i przybijamy piątkę. Jestem wzruszony i szczęśliwy, to mój drugi ośmiotysięcznik zdobyty bez użycia tlenu. Nagrywam film z dedykacją dla mojej Mamy, która zmarła niespodziewanie w październiku 2021 roku, a która bardzo przeżywała moje wyprawy w góry wysokie. Wiem, że teraz z góry patrzy ma mnie i wspiera w trudnych chwilach. Żegnam się z Hatim, który zaczyna zejście ze szczytu, ja na chwile tutaj zostaję, aby nacieszyć się tą chwilą w samotności. Na szczyt dociera Denis Urubko, z którym robię sobie kilka pamiątkowych zdjęć i również zaczynam zejście.

Idę czujnie, słońce jest już wysoko i trzeba być bardzo ostrożnym, śnieg nie jest już tak stabilny jak wcześniej, podziwiam jak piękna jest grań, poszarpana serakami wiszącymi na stronę Chińską. Chcę w miarą szybko dojść do przełęczy, ale nie spieszę jakoś nadzwyczajnie. W okolicach Rocky Summit spotykam Kamila. Jest już późno i Kamil ma wątpliwości, czy iść dalej. To jego pierwsza próba wejścia na ośmiotysięcznik. Rozmawiamy chwile, widzę, że nie wygląda źle, motywuję go więc aby poszedł dalej. Mówię mu jednak, aby pilnował czasu, tak aby świetle dziennym przejść grań i zejść z przełęczy, bo dalej droga nie jest trudna i nawet po zmroku możliwe jest bezpieczne zejście do trójki. Działa to na niego motywująco, bo ostatecznie odnosi sukces i zdobywa swój pierwszy ośmiotysięcznik.

Po drodze robię sobie jeden odpoczynek, aby świeżym wejść w kominek i trawers zaporęczowany niebieską liną. To trudne miejsce, i trzeba tutaj być maksymalnie skoncentrowanym, szczególnie, że człowiek na zejściu jest już zmęczony. Dochodzę do przełęczy, na której znajduje zwój „koreanki”, postanawiam ją wykorzystać i zafiksować, aby w bardziej komfortowych warunkach zjechać niżej. Po zejściu z przełęczy widzę już dobrze trójkę, ale jeszcze nie mogę się cieszyć sukcesem, jeszcze kilka godzin zejścia.

Po przejściu zakosów tuż pod przełęczą wchodzę w trawers prowadzący w kierunku obozu 3. W pewnym momencie natrafiam na but ekspedycyjny lezący na śniegu, pierwsza myśl,…kto tutaj szedł w lekkich butach i zgubił jeden but ekspedycyjnych…, ale w kilka sekund trzeźwieje, bo widzę leżącą nieco dalej łapawicę i już wiem, co się stało. Kilkanaście metrów dalej widzę zakrwawioną rynnę wyżłobioną w śniegu, która schodzi w dół w kierunku gniazda ogromnych szczelin i seraków. Tę rynnę wyżłobiło ciało wspinacza, który musiał odpaść z grani. Jak się później okazało, był to chłopak z zespołu Brytyjskiego, z którym wspólnie biwakowaliśmy w wysokiej dwójce pod skalnym pipantem. Nie wiem dlaczego, ale zabieram but i przywiązuje go do poręczówki, później zobaczę jeszcze raz ten but na plecaku jednego z Brytyjczyków, którzy będą schodzić do trójki po próbie odnalezienia ciała kolegi. Nie zostanie on odnaleziony, teren w który spadł, okazał się być bardzo niebezpieczny, a szanse na to że przeżył kilkusetmetrowy pionowy lot, były bliskie zeru. Siła uderzenia była ogromna.

Powoli schodzę, do obozu 3, mam już resztkę wody, wiec moje tempo spada, poza tym nie mam po co się spieszyć. W trójce melduję się około 18, cieszę się, bo Radek nagotował mi wody, mogę więc odpocząć i nawodnić się. Teraz czas na odpoczynek. Do obozu tego dnia dociera Grzesiek, który tej nocy zamierza wyjść do ataku, wspólnie z poznanym w obozie Włochem. Kamil do obozu dociera około 21, cieszę się z naszego sukcesu, bo wszyscy bezpiecznie weszliśmy na szczyt, bez użycia tlenu i bezpiecznie zeszliśmy do trójki. Grzesiek wychodzi do ataku o 22.30, jednak po 45 minutach zawraca i przed północą wraca do obozu trzeciego i kładzie się w namiocie żeby odpocząć. Jutro czeka nas zejście na ciężko do obozu głównego. Po drodze musimy z Radkiem zlikwidować wszystkie nasze obozy, do zabrania mamy dwa namioty, śmieci i depozyty z poszczególnych obozów.

Rankiem 20 lipca wstajemy jakoś po 7, jesteśmy zmęczeni, ale nie mamy wyjścia trzeba zacząć się pakować. Od Hatiego dowiadujemy się, że Grzesiek zamierza w nocy podjąć kolejną próbę ataku w większym zespole. Pakujemy plecaki i wyrąbujemy namiot który wtopił się w śnieg. Fartuchy zalodzone, więc rąbiemy czekanem, są szkody, ale cóż po to są fartuchy. Zejście z trójki zaczynamy około 9.30, Kamil jest bardzo odwodniony i nie idzie mu się dobrze, postanawiamy, że Hati i Radek, będą schodzić z Kamilem, a ja zejdę szybciej do dwójki, aby ugotować wodę dla wszystkich.

W dwójce chwilkę odpoczywamy i nawadniamy się. Likwidujemy z Radkiem kolejny namiot, zabieramy śmieci oraz depozyty. Kamil czuje się już lepiej, ale postanawia, że zostanie w dwójce na noc, aby lepiej się zregenerować. Obładowani na ciężko schodzimy w dół. Idziemy sprawnie, bo myśl o dobrym obozowym jedzeniu i wygodnym śnie dodaje plus 10 do szybkości. W obozie bzowym meldujemy się po 15. W bazie witają nas hucznie, są gratulacje, jest napój Tank i wieńce ze sztucznych kwiatów. Załapujemy się nawet na wywiad do jakiegoś pakistańskiego serwisu informacyjnego. Po rozpakowaniu się i rozłożeniu rzeczy do suszenia jemy pyszny posiłek i nawadniamy się do białego.

 

Broad Peak – odpoczynek po udanym ataku szczytowym, atak Grega.

Pierwszy dzień po powrocie z udanego ataku na Broad Peak, odpoczywamy na maska, śpimy do oporu, jemy i nawadniamy się. Odwiedzamy ekipę Ryśka Pawłowskiego, z którym w tym roku działał mój i Hatiego znajmy z PHZ-etu, Rafał Fronia. Wpadamy więc do chłopaków na herbatkę i nie tylko. Zegnamy się z nimi, bo jutro wczesnym rankiem opuszczają obóz. Podczas kontaktu radiowego z Grześkiem dowiadujemy się wyszedł do ataku o 21.30 i że nie doszedł on jeszcze do przełączy. To bardzo zła informacja, bo jest już kilkanaście godzin w akcji, i raczej nie zdąży za dnia wejść na szczyt. Ostatecznie Grzesiek na przełęczy melduje się około godziny 14. Grzesiek informuje nas, że zamierza zabiwakować na przełęczy, aby wypocząć, bo jak nam powiedział „jest zbyt zmęczony żeby schodzić w dół, wiec odpocznie, aby w nocy ruszyć na szczyt".

Namawiamy go przez radio do zawrócenia, szczególnie, że drogą z przełęczy na szczyt wiedzie eksponowaną granią, na której trzeba być bardzo czujnym. Umawiamy się na kolejny kontakt zgodne z planem w okolicach 20. Sytuacja jest bardzo poważna, i jeżeli Grzegorz nas nie posłucha i nie cofnie się z ataku, nie będziemy mu w żaden sposób mogli pomóc, bo dojście do góry zajęło by nam co najmniej dwa dni, a sami jesteśmy zmęczeni po swoim ataku.  Wołamy Grześka przez radio o umówionej godzinie i dowiadujemy się, jest nadal na przełęczy, natomiast Włoch z którym się wspinał wycofał się, bo zgubił jeden rak. Wszyscy przekonujemy go do odwrotu, mówiąc mu, że nie uda mu się zregenerować na tej wysokości. Rozmawia z nim Hati, znają się najdłużej. Grzegorz mówi nam, że musi sobie to przemyśleć. Nam nie pozostaje nic, jak tylko czekać na jego decyzje i liczyć na to, że zdecyduje się zejść póki nie jest za późno. Po kilku minutach Grzesiek woła nas przez radio i przekazuje nam informację, że zamierza schodzić do trójki. Wszyscy w mesie jesteśmy szczęśliwi z takiego obrotu sprawy, wiemy bowiem, że ta sytuacja mogła by się różnie skończyć. Nie do końca wiemy w jakim stanie jest Grzegorz, więc prosimy go o to, aby miał cały czas włączone radio. Siedzimy w mesie do 22, łącząc się z Grześkiem co pół godziny. Hati zabiera radio do namiotu, aby być w stałym kontakcie z Grześkiem, a my idziemy do swoich namiotów. Ostatecznie Grzesiek przed północą dociera bezpiecznie do trójki.

Zdjęcia: Piotr Krzyżowski, Mariusz Hatala, Radek Woźniak, Kamil Kozłowski 

© Copyright 2022-23 Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Strona piotrkrzyzowski.com używa plików cookies w celach wymienionych w Polityce Prywatności. Ustawienia dotyczące cookies możesz zmienić w konfiguracji Twojej przeglądarki internetowej.